Dziś kończymy cykl artykułów, mających na celu udzielenie odpowiedzi na pytanie dlaczego proces odchudzania może przebiegać bez efektów. Za nami rozważania na temat dolegliwości zdrowotnych utrudniających odchudzanie oraz stan spowolnionego metabolizmu w skutek zbyt dużego deficytu energetycznego przed dłuższy czas lub wręcz głodówki. Zgodnie z zapowiedzią w pierwszej części dziś rozwiniemy sytuację, w której jemy za dużo.

Proces odchudzania to nieubłagalnie matematyka. Deficyt energetyczny jest warunkiem pozbywania się tkanki tłuszczowej w skutek mobilizacji organizmu do pozyskania z niej niezbędnej energii. Zatem w sytuacji, kiedy jemy za dużo w stosunku do naszego zapotrzebowania jest to po prostu niemożliwe. To wydaje się logiczne i oczywiste, chciałabym jednak rozwinąć ten temat w oparciu o przykłady kiedy osoba odchudzająca nie jest świadoma, że nie jest na ujemnym bilansie energetycznym, a co za tym idzie, nie schudnie.

Kiedy w trakcie wywiadu żywieniowego i medycznego wykluczone zostaną dwie wcześniejsze przyczyny kolejne pytania, coraz bardziej szczegółowe pomogą określić co powoduje, że mimo starań nie jest zachowany deficyt kaloryczny warunkujący sukcesywne odchudzanie. Najczęściej jest to wraz z podjęciem diety, obniżenie spontanicznej aktywności fizycznej, co wpływa na obniżenie metabolizmu (jednocześnie zmniejsza się zapotrzebowanie energetyczne, a bilans z ujemnego może zrównać się do „0”, czyli dostarczane jest dokładnie tyle ile organizm potrzebuje, bez podejmowania dodatkowego wysiłku i mimo rezygnacji dietetycznych nie będzie efektów w składzie ciała). Inną przyczyną nie wprowadzenia organizmu w realny deficyt jest niedoszacowanie przyjmowanych kalorii. W tym miejscu możemy mówić przejadaniu się zdrowym jedzeniem. Czasami słyszę, jem zdrowo a nie chudnę… Ok, zdrowy, czy nie, każdy pokarm dostarcza odpowiedniej ilości energii. Nawet ten najzdrowszy spożywany w nadmiarze w stosunku do zapotrzebowania spowoduje przyrost masy ciała. Kolejną sytuacją, w której nie doszacowujemy spożywanych kalorii to weekendowe folgowanie. Cały tydzień utrzymywana jest dieta z określonym deficytem energetycznym, a w weekend „cheatmeal” zamienia się w „cheatweek”. Przez dwa kolejne dni uzupełniamy wypracowany w tygodniu ujemny bilans energetyczny, czasem z nawiązką. Wówczas niestety też sumarycznie bilans jest na „0” lub na „+”, a o chudnięciu nie ma mowy. Kiedy jeszcze zdarza się nie liczyć spożywanych kalorii? Kiedy przybierają one postać płynną. Mało kto w dobowym bilansie uwzględnia wypijane soki, napoje, energetyki, koktajle, słodzone herbaty, kompoty, czy kawy na mleku słodzone lub nie. W ten sposób pomijamy uwzględnić w swoim bilansie kilkadziesiąt do kilkuset kcal. Podobnym mechanizmem rządzi się nie zliczanie wszystkich przekąsek i podjadania. Kęs tego i tamtego między posiłkami, dojadanie po dzieciach, cukierek urodzinowy współpracownika itp. Jak w powyższym przykładzie nieuwzględnienie tego może się okazać niedoszacowaniem spożytej energii na poziomie kilkuset kalorii.

Finalnie warto wrócić do ostatniego artykułu… Osoba nieświadoma, że choruje np. na niedoczynność tarczycy (równoznaczne z obniżeniem tempa metabolizmu) mimo pilnowania kaloryczności diety, podejmowania aktywności, nie ma pojęcia, że nie wprowadza organizmu w stan deficytu energetycznego. Taka sytuacja może prowadzić do frustracji. Szczególnie jeśli nie ma mowy o powyższych grzeszkach. Dlatego należy pamiętać, iż proces chudnięcia bazuje na dostarczeniu do organizmu mniej energii z pożywienia niż potrzebuje on jej do funkcjonowania. Warto przy tym mieć wykluczone problemy zdrowotne, dbać o aktywność fizyczną i unikać wymienionych w tej i pierwszej części błędów.